Od narodzin mojego dziecka zamieniłam się w istnego ciasteczkowego potwora. Pożeram słodycze, jakbym zamiast buzi miała ogromną czarną dziurę, a raczej paszczę. Moje postanowienie odstawienia takiej ilości cukru kończy się po urywanej nocy, kiedy to moje niemowlę zaczyna kwilić. Najpierw kwilenie, 2 h później już ostre jojczenie o mleko, nad ranem znów kwilenie. I w ten oto piękny sposób doładowuję się cukrem. Chociaż muszę się pochwalić małym postępem – jeżyki i pieguski zamieniłam na ciastka i ciasta z piekarni. Wmawiam sobie, że to zdrowiej, chociaż wiemy dobrze, że obecne piekarnie niewiele mają wspólnego z tymi z przeszłości.
Wsparcie męża
Bo w pożeraniu słodyczy wspiera mnie mąż, który co i rusz pyta, czy mamy coś słodkiego w domu. Też jest wykończony wykańczaniem segmentu, przeprowadzką i masą innych rzeczy, ale o tym kiedyś.
Bo my nie pijemy kawy
Jakoś nam nie smakuje, jesteśmy team herbata. Tea team 😅 A mój mąż to w ogóle jest team pu-ehr, bardzo rzadko sięgając po gun powdery, oolongi czy earl greye. O roibosach już nie wspominam, ich era skończyła się wraz z końcem ciąży.
I tak sobie żyjemy, herbaciano-cukrowo, chociaż od kilku lat jest u nas dość gorzko w wielu sprawach.
Dodaj komentarz